
Cooo, to jeszcze nie piątek?
Naturalnym jest, że Dzień Odespany to Dzień Sfejlowany. Dziś odsypiałam poprzednią noc. Żeby nie było – naprawdę miałam zamiar wstać o szóstej, ale próba wstania z łóżka o tej porze skończyła się totalnym zgonem. Nie zmienia to faktu, że jak już wstałam po tej ósmej, to i tak nie byłam wyspana. Вот такая жизнь.
Tyle co do pierwszego faila dzisiaj; drugim było kompletne położenie koła z gramy opisowej. ALE! Bez spiny, są drugie terminy; opracowałam sprytną taktykę i za tydzień to zaliczę. Zresztą, kto normalny zdaje koła z gramy opisowej za pierwszym razem?
Ten tydzień nie zapowiada się zbyt epicko (Kochana Afrodyto, Mężu mój Hadesie, Synu mój Alexandrze, ktoś chętny, by to zmienić w weekend?), a to dopiero poniedziałek. W środę uwielbiana przez wszystkich paecika poetyka, a do czwartku muszę nauczyć się roli do Петрушки.
Całe szczęście przypomniałam sobie o eurobeacie i już jest weselej.
*
Zawsze, gdy jest tak sielankowo w związku, jakaś część mnie stara się na siłę szukać dziur w całym. Muszę tę część zaskoczyć. Ta całość jest bez skazy. Nic nie zapowiada jakichkolwiek dziur. Najtrwalsza tkanina, taka pierwszorzędnej jakości.

Taka już jestem. To zarówno przekleństwo, jak i błogosławieństwo. Nie mogę powiedzieć, że taka się urodziłam; to świat mnie taką uczynił. Nagły bodziec – i czuję się, jakbym została postrzelona, ale tylko po to, by za chwilę jednym skokiem się podnieść. Głos niższy, mowa kwiecista (przetykana “kwiatkami” w postaci soczystych przekleństw, ale ważne, że są zwroty typu “moja droga” czy “szanowny szwagrze”), ruchy zamaszyste i stanowcze. Pieniążki z konta ulatują w ilościach nienormalnych.
Skupienie utrzymuje się tylko w tych głębszych warstwach świadomości, gdzie odhacza się kolejne wypełnione punkty “niecnego” planu.
Tak to wczoraj było się na Sherlocku dwójce. Przyszłam wystrojona w sukienkę, zakolanówki i “lity” – nic bardziej wygodnego dla mnie; wychodziłam z kina czując się, jakby ktoś mnie na siłę wcisnął w gorset i ciężką suknię.
14,5-centrymetrowe obcasy mogłyby zostać, serio.
Usypiałam jeszcze jak nafazowana, sen był tylko niespokojny. Gdy wybudziłam się, było tuż przed czwartą.
“Nie powinien teraz spać… Kuzyneczka Moore przyszła” — czy coś w ten deseń, prawda, takim obrzydliwie słodkim głosem.
No cóż, kolejne spanie było dopiero po szóstej.
A dzisiaj? Jeśli, gdy już zamieszkamy razem, wszystkie niedzielne poranki będą wyglądały tak fluffiasto jak dzisiejszy, to chyba w końcu polubimy niedziele. Boli mnie brzuch, chociaż nie wypiłam nawet odrobiny mleka; chyba wchłaniam jakąś laktozę znikąd, serio. Muszę się wyspać; przeraża mnie nieskładność tego wpisu.
Haters gonna hate!

Bo z nas to takie szczęśliwe alpaki są.
Najważniejsza sprawa: jest nowy pierścionek, taki idealnie dopasowany, na mój rozmiar. Ma czerwono-czarne oczko, a z boku wygląda nieco jak korona. Wcześniejszy, trochę za luźny pierścionek “po matce” może i nie poszedł w odstawkę, ale na razie odpoczywa sobie w pudełeczku po roku intensywnego użytkowania. Zdążył wyżłobić mi piękną obręcz, taką nietkniętą przez słońce (…Słońce i owszem) ale ten nowy rzeźbi kolejną – na serdecznym palcu prawej ręki.

Zaiste, rok minął i jak tak sobie myślę, jak dziwacznie się to wszystko zaczęło, to aż mnie niedowierzanie ogarnia.
Kto by pomyślał, że dojdę do takiego wspaniałego miejsca w tym życiu, które swego czasu uważałam za już całkiem przegrane. W przeciwieństwie do mojego Serduszka nie umiem ładnie pisać, wzniosłe słowa są mi obce, szczególnie, gdy mam opisywać, jak mocno kocham.
Cieszę się, że los rzucił Cię prosto w moje ramiona, Duszyczko.

CO JA PACZĘ, kolejna notka. Krótka przynajmniej.
Zawsze, gdy w ciągu jednego dnia zdołam oblecieć dwa dość oddalone od siebie miasta, dopada mnie jakieś dziwne zakręcenie. Dziś, po prawie trzech godzinach spędzonych w pociągu, dojechałam szczęśliwie na moje radosne osiedle. Trwają ostatnie przygotowania; panie i panowie, pojutrze – wielkie, dwudniowe świętowanie czas zacząć!
Przez te wszystkie modyfikowane w zależności od sytuacji catchphrase’y nasze życie zaczyna przypominać odcinki Fineasza i Ferba; not like it’s a bad thing, though.
PS. Nareszcie dostałam pieniążki na toster OTL Jak już go kupię, to rozpocznę domową produkcję Tezuczków. W samą porę, bo 4 stycznia (?) nowa seria TeniPuri, o ile się nie mylę. YAY!

Sałatka wielkopolska z tostami plus kawa z mlekiem – śniadanko mistrzów.
Za tę notkę zabieram się dosłownie od miesięcy; właściwie po każdym większym zawirowaniu chciałam coś napisać, ale ostatecznie wolałam poczekać, aż emocje opadną i napisać coś (niemalże) na chłodno. Tak kronikarsko, jak lubię. Odizolowanie od świata na Zadupiu wydaje się być odpowiednim na to momentem.
Co prawda rok się jeszcze nie skończył, ale powiedzmy, że będzie to już post podsumowujący (którego w zeszłym roku zabrakło).
( May my wavering heart be tall and proud )

Witam z powrotem po wakacyjnej przerwie od blogowania. Prawie cztery miesiące minęły słodziutko z moją Rodzinką. Stałe podróże między Tutaj a Tam, między Codziennością a Utopią. Była długo zapowiadana wycieczka do Torunia i cudowne dwudzieste urodziny, a także obiecana romantyczna kolacja.
A dziś? Zostały trzy dni do przeprowadzki do naszej prywatnej Moskwy — Łodzi.
( Don’t need another tube of that dime store lipstick )

Dostaję kwiaty i listy, a jeśli wierzyć zapewnieniom, niedługo czeka mnie własnoręcznie przygotowana romantyczna kolacja oraz tort urodzinowy. Ktoś nie tylko pisze o mnie stale w pamiętniku (i nie boi się mi tego pokazać), ale i prowadzi zeszyt, w którym pisze tylko do mnie, gdy tylko dopada go tęsknota. Dowodami miłości obdarowujemy się dosłownie na każdym kroku. Mamy wspólny świat, uniwersum całe, ale udaje nam się z powodzeniem żyć w świecie zewnętrznym – byle razem. Nawet wieczory na GG (podczas tych krótkich chwil rozłąki) potrafimy zaaranżować tak, by były niesamowite. Obecnie widujemy się już praktycznie co tydzień, a wkrótce… Wkrótce będziemy mieszkać w jednym mieście, następnie studiować na tej samej uczelni i w końcu mieszkać razem, bo nie wyobrażamy sobie, by nasze plany w którymś punkcie miały się rozbiegać.
Czy rok temu mogłabym śnić, że coś takiego jeszcze mnie spotka?
Czy dwa lata temu mogłabym sobie tego zażyczyć?
Czy trzy lata temu mogłam o czymś takim marzyć?
Nie. ♥

To był ciężki tydzień.
Właściwie, patrząc na tę przyziemną część mojego życia, było to koszmarne osiem miesięcy.
Całe szczęście, dziś zaliczyłam fonetykę i szkoda, że drzwi tej uczelni (?) są rozsuwane automatycznie, bo trzasnęłabym nimi, aż budynek by się zatrząsł. We wtorek czeka mnie jeden jedyny dzień sesji, ale w sumie nie bardzo mnie to już interesuje. Wątpię, czy przyjadę w ogóle na poniedziałkowy speaking, skoro zal w indeksie już jest.
Tym samym przebrnęliśmy przez pół roku targowania się o każdą godzinę razem (nie, wcale nie piję tutaj do spontanicznego wyjazdu na cztery godziny z hakiem ♠). Oto nastały wspaniałe czasy. Czeka nas cudowne lato… Lato? LATA. Długie, długie lata.
Długie jak nie powiem, co.

Oto narodziło się coś nowego i przez to zaszły nieodwracalne zmiany. Nic już nigdy nie będzie takie samo. Ot, już nie da się tak beztrosko żyć w naszym kółeczku wzajemnej adoracji (cóż za brzydka i źle kojarząca się nazwa). Bądźmy dorośli, poważni. Chociaż w sumie… To wydarzenie nie zmienia nic, jeśli chodzi o to, co nas łączy. Można wręcz powiedzieć, że wraz z nim miłości i radości będzie jeszcze więcej. Zastanawiam się tylko, jak mogłam przez tak długi czas nie zauważać tych wszystkich znaków zwiastujących zmianę.
To normalne, że boimy się, gdy nagle zapada mrok. Po chwili jednak nasze oczy przyzwyczajają się do ciemności.
…Cyryl.
Ileż radości da się ze mnie wykrzesać tym imieniem.