
Jeszcze do niedawna budynek, który nazywałam moją szkołą stał dokładnie za oknem mojego pokoju. Teraz jednak moja szkoła jest, powiedzmy, na drugim końcu miasta, co oznacza nie mniej, nie więcej niż… fakt, iż musiałam stać się stałą użytkowniczką pewnego środka komunikacji miejskiej, zwanego potocznie autobusem.
Szczerze? Teraz nie wyobrażam sobie życia bez tych chwil, kiedy zajmuję swoje stałe miejsce, po czym izoluję się od świata za pomocą słuchawek odtwarzacza mp3. Patrzę tylko przez okno na znajomą aż do bólu drogę; czasem, gdy szyba jest zaparowana, zdarza mi się coś na niej napisać. Palcem po szybie. Jako dziecko bawiłam się tak nałogowo; teraz robię to machinalnie.
Dorobek kończącego się półrocza w pierwszej liceum – (prawie i dosłownie) zabójcza antyramka, wstrząs mózgu (?), grypa żołądkowa, zagrożenie z geografii… a dziś? Piłką w kość policzkową. Śliwka rośnie, będzie dorodna, jutro nie pójdę do szkoły. ♥ a sor Bachur powiedział, że następnego dnia będzie gorzej! <3
Prawda, mam czasem ochotę rzucić szkołę i… wszystko ogólnie, jako że gimnazjum w porównaniu z liceum było leniuchowaniem na łączce. Ale póki co, wypada mi zapomnieć o wszelkich celach i żyć teraźniejszością; czasem nadzieja nie wystarcza. Tylko że… czułam taką niewysłowioną dumę, gdy pewnego deszczowego dnia wracałam do domu autobusem, stojąc obok szanownej koleżanki B. z poprzedniej klasy, która sama poszła do podrzędnej zawodówki pomimo naprawdę dobrego świadectwa. Identyfikator liceum wystawał mi wtedy z kieszeni.
Jutro lekarka, będzie ochrzan. Co tam… Och, i kto by pomyślał, że Chitose potrafi zaśpiewać taką maślano-maślaną, romantyczną piosenkę…
PS. “Everyone has ギルチ about something!” XD