
Bywało się, oj, bywało w różnych miejscach w sierpniu. W lipcu również, ale tylko raz (za to w jakim stylu!) – więc pozwolę sobie to pominąć.
1. Animatsuri, które dopiero teraz zaczęłam uważać za (w miarę) udane (dla mnie), mimo iż przez cały konwent moje zdrowie/samopoczucie nie były najlepsze. Do karaoke FAKTYCZNIE podeszłam zbyt poważnie (totalna zapaść psychiczna po) – to z perspektywy czasu drugie miejsce w nim niesamowicie mnie cieszy, jako że konkurencja była naprawdę mocna. Huh, uznałam, że po wygranej na Fune cały świat jest mój i się przeliczyłam… Szczerze żałuję. I znów wstyd mi za moje zachowanie po karaoke, chociaż… trochę w drugą stronę.
Przepocone koszulki i nieziemska duchota, ahoj! Głównie pod tym znakiem upłynął mi konwent. Przemile wspominam moich (tym samym i Xellci ♥ we’re inseparable like a newly-married couple, rly!) nocnych hostów (a właściwie panią host), którzy wspaniałomyślnie udostępnili nam łazienkę, kawałek przedpokoju, materace, a drugiego dnia – nawet i kuchnię! ♥ Kolejnymi osóbkami, tym razem z samego konwentu, których z pewnością nie zapomnę, są made of awesomness lolitowe panie, z którymi mogłam sobie niezwykle inteligentnie pospazzować nad Antykami ;> Żałuję, że w tym całym zamieszaniu i przeganianiu nas z naszej uroczej samotni nie wymieniłyśmy się nawet nickami – nawet nie mamy jak się znaleźć >: Ech.
Wiecie, że DS-tardy przechodzą na czerwonym świetle? Ostatniego dnia Animatsuri ja i mój jakże uroczy Mąż nie wróciłyśmy na konwent – za to wybrałyśmy się na zwiedzanie, uwaga, Złotych Tarasów! This is truly one of the most awesome places on the Earth. *______________* Misja zwiedzania została sfinalizowana porcją pyszniutkich lodów. Och, i kupieniem teh awesome notatnika, w którym teraz sukcesywnie opisuję swoje OCe. Później spakowałam Męża w ciepong i wraz z tatusiem i spółką (w tym małą, switchującą raz za razem Masanielą i tym razem dąsającą się Hirosią), po konsumpcji kurczaka w KFC, wróciłam do pustej chałupy.
2. Nie minęły dwa tygodnie, a powróciłam do Męża/Jeża dla Masanieli i Hirosi; pobyt w Łodzi składał się z dwóch części, jedna lepsiejsiejsza od drugiej. ;>
Wierna żona pojechała pikapnąć swoją drugą połowę. Publicznym, gorszącym les-uściskom nie było końca. W nocy coś mnie ugryzło (niestety, lekarz stwierdził, iż nie był to Mąż), przez co kolejnego dnia miałam pewne komplikacje. Nie zakłóciło to jednak błogiego nastroju następnych kilku dni ♥ Manufaktura totalnie bije na głowę Złote Tarasy pod względem awesomeności, sushidajnia = pure love, a ja zostałam podstępnie zarażona markerozą.
Druga część spotkania to nieustająca faza na Truskawy, czyli Strawberry Panic. Wiecie, że niedzielne kino Polsatu rządzi? Spędziłyśmy całe półtorej godziny na ‘O_o’-owaniu nad rycerzami z XII wieku. W tym czasie Mąż pomalował mi pazurki, gdyż Mąż jest w tym najlepszy na świecie, a ja nikogo innego nie dopuściłabym do moich paznokci. ♥ Późnym wieczorem spazzowałam nad Sopotem. Mogłam się nasłuchać muzyki mojego dzieciństwa, czego Jeżyk kompletnie nie rozumiał… A ja nawet się popłakałam na Wsadź… umm, Touch Me! ;_; Szymuś Majewski jest moją wieczną miłością, a Thomas Anders jak nie umiał śpiewać, tak nie umie.
Wierna żona wzorowo wywiązywała się z obowiązków wiernej żony – “Jak ja bym chciała, żebyś witała mnie tak codziennie”. Przy okazji stale molestowałam mężową… biblioteczkę. Powiało nostalgią – sponsored by Sailorki i pamiętanie daty emisji ostatniego epka tegoż anime.
I w ogóle, sukces na całej linii. “Mam dwie córki~!”. ♥
Mune no CHOKOREITO biyaku ni natte
Ochiru shizuku de kuchibiru Panic
Akaku somareba kuzure soude
Nigete shimau kamo
Mujyaki Hakanai Yousei datte
Chigau HONTO wa tobidashitai
Sotto kokoro o nozoite mite motto shitteyo
Shade, JERASHII no kage ga sasu watashi no meiro
No, makenai wa seikai wa tada hitotsu ne
♥
PS. Wydałam 65zł na same zeszyty do szkoły.