
Po lekturze pewnej książki odkryłam coś bardzo ważnego (choć zapewne dla innych są to nic niewarte wnioski, ale whatever, muszę to spisać. Jak nazwa bloga sugeruje, piszę tu, gdy coś mnie zainspiruje, a dawno nie czułam się tak… twórczo).
Wbrew temu, co myślałam, los jest dla mnie łaskawy. Przez ponad dwa lata przygotowywał mnie do dnia 9 października, dnia wyprowadzenia się od matki; dopiero teraz jestem na tyle spokojna, by o tym pisać.
Po pierwsze, zsyłał na mnie najróżniejsze choroby, nieraz cholernie uciążliwe – abym, siedząc w domu, spędzała więcej czasu z matką; abym zauważyła w ciągu tamtych trzech koszmarnych miesięcy na przełomie 2005 i 2006 roku, jak bardzo ta kobieta ma dość otaczającego ją świata, jak bardzo nie nadaje się do wychowywania wrażliwej córki (“Jesteś jak gówno warta roślina, za delikatna; to głupota”). Pozwolił mi odizolować się od niej w szpitalu w innym mieście, abym doceniła spokój życia bez niej. Dosłownie w ostatnim tygodniu przed przeprowadzką zesłał na mnie wydarzenie, przez które moje życie znalazło się w zagrożeniu. Dziś wiadomo, że stało się to z winy matki. Długa historia.
Po drugie, los cały czas dawał mi znaki, bym odseparowała się od ludzi, którzy i tak nigdy nie będą w stanie zauważyć (i zrozumieć) moich uczuć. Stąd ucieczki z domu i (nieudane, jak widać; to przeznaczenie) próby samobójcze. “Zacięła się nożem jak robiła kolację”, powiedziała matka, huh. Stąd też zapewne okradanie mnie z moich własnych pieniędzy; z prawie dwóch tysięcy złotych, które dałam matce w ciągu ostatnich dwóch lat, została mi zwrócona… jedna pięciozłotówka. Leżała na blacie w kuchni, gdy wstałam, by się wyprowadzić. Matka ignorowała moje ostrzeżenia, że jeśli się nie zmieni, jeśli nie przestanie pić i znęcać się nade mną, wyprowadzę się. Dostała, czego chciała.
Po trzecie, los umożliwił mi poznanie osób, które mnie nigdy nie zawiodą. Jako że z natury staram się nie wplątywać w różnorakie przyjaźnie i znajomości, po zapoznaniu mnie z szeregiem dobrych dusz (które wspierają mnie do dziś, pomimo mojej wybitnej niechęci do ludzi), postawił na mojej drodze tę, która stała się swego rodzaju katalizatorem, niezbędnym w podjęciu decyzji o przeprowadzce – moją największą miłość, mój najdroższy skarb. Poprzez jej dobroć i złote serce pozwala mi wrócić do normalnego życia, ale także uczy mnie tolerancji i krytycznego patrzenia na siebie. Nie mogę w tym momencie zapomnieć także o moim wspaniałym ojcu, który nie wahał się zainwestować mnóstwa sił i zapewne takiej samej ilości pieniędzy, by stworzyć mi idealne warunki życia w nowym domu. Piszę te słowa z mojego nowego pokoju, którego budowa – od podstaw – trwała zaledwie dwa i pół miesiąca. Dwa i pół miesiąca, by podjąć szybką decyzję, zebrać fundusze, zatrudnić fachowców, osobiście doglądać budowy; dwa i pół miesiąca, by dotrzymać obietnicy – “Skarbie, będziesz miała swój pokój przed świętami”.
Po czwarte i chyba najważniejsze, los dał mi możliwość przekonania się na własnej skórze o prawdziwości słów “Proście, a będzie wam dane”. Dużo się ostatnio słyszy o rzekomym Prawie Przyciągania, ale to prawda. Osoby, które mnie krzywdziły, zniknęły z mojego życia. Pieniądze, których ciągle mi brakowało przy notorycznym okradaniu mnie przez matkę, płynęły z najróżniejszych źródeł. Wyniki w nauce, tak przecież kiepskie w ostatnich latach, wróciły na przyzwoity poziom. Miłość, której tak bardzo pragnęłam, nareszcie mnie spotkała. Jest jednak jeszcze jedna zasada rządząca tym światem; dobro i zło… naprawdę się równoważą. Na potwierdzenie tego musiałabym przytoczyć jednak bardzo osobiste przykłady.
Nie wiem, czy matka jeszcze kiedykolwiek będzie chciała się ze mną spotkać, ale mam nadzieję, że kiedyś zrozumie, co robiła źle, że ludzie zaczęli ją opuszczać.
Jestem szczęśliwa. Mam swoje miejsce. Czekam na pierwsze prawdziwie rodzinne święta od dziesięciu lat, takie bez awantur i alkoholu. Czekam również na przyjazd mojego skarba. Ostatnie tygodnie starego roku będą niezapomniane. ♥