
Wysiadłam z autobusu i podążyłam uliczkami najspokojniejszego osiedla w mieście; tymi uliczkami nieznającymi tłoku, którymi w ciągu wielu lat przechadzałam się z niejedną moją miłością – tyle wspomnień… Poczułam się, jakbym wsiadła w wehikuł czasu, jak gdyby czas się cofnął. Kościół, pasy, lodziarnia, przedszkole, blok numer jeden, drugie przedszkole… no i wreszcie blok numer pięć.
Nie odebrała domofonu od razu.
Weszłam po schodach, zapukałam. Otworzyła mi drzwi z uśmiechem.
Godziny szczerych rozmów w ostatnich tygodniach nie poszły na marne.
Ona mnie bez wątpienia kocha. Na nowo.
Może miłość i szczęście tylko na chwilę zniknęły z mojego życia?
Postanowiłam nie przepraszać nikogo bez powodu. Bezużyteczne dziękowanie za każdą byle pierdółkę też rzucam. Co do proszenia o rzeczy, które i tak mi się należą – i z tym czas skończyć. W ostatnich kilku miesiącach to, co mówiłam, sprowadzało się do wymienionych trzech rzeczy. Że niby magiczne słowa? Może i tak, ale ich nadużywanie spowodowało, że zaczęłam się cofać; wykształciło u mnie postępujący lęk przed tym, co mogłoby się stać, gdybym nie podziękowała… Gdybym na wszelki wypadek nie przeprosiła… Czy dostałabym cokolwiek, nawet z tego, co naturalnie mi przysługuje, gdybym nie prosiła nadgorliwie. Mówcie, że stanę się chamem, nie przejmę się.
Mam dosyć cofania się, wiecie? W pewnym momencie straciłam nad wszystkim kontrolę, przeczytałam parę mózgopsujących książek i zaczęłam przeczyć swojej naturze; starałam się ją zadusić gdzieś w głębi serca, a dla niepoznaki nadawać doświadczanym przeze mnie stanom nowe, kompletnie niepasujące nazwy. Tak właśnie szczęście stało się “nieszczęściem”, a nieszczęście – “szczęściem”. Z czasem uwierzyłam w to tak mocno, że w chwilach kompletnego załamania wmawiałam sobie, że nic mi nie jest… Ale nie to było najgorsze.
Najgorsze było to, że gdy byłam szczęśliwa, nie umiałam okazać tego w żaden inny sposób niż… rozżaleniem tudzież kamienną twarzą.
Wróć, nie “było”. Nadal zmagam się z tym idiotycznym przyzwyczajeniem. W ciągu minionych paru dni podjęłam jednak decyzję, by szczególnie intensywnie z tym walczyć. Tym zachowaniem doprowadzałam do łez już zbyt wiele osób, a najczęściej te, o które troszczę się najbardziej. Komuś skończyła się cierpliwość, ktoś wytrzymuje to tylko ze względu na bezgraniczną miłość, jaką mnie darzy. Koniec z tym. Chcę, by ludzie czuli się przy mnie szczęśliwi… Nie tylko ta dwójka, którą jak zwykle w takich przypadkach wymieniłam. To na tyle w dzisiejszym odcinku “Wybecz mi”.
A teraz będzie dobrze, o, już teraz. Przy odpowiednim wysiłku odbuduję wszystko – co prawda nie do wcześniejszej postaci, ale do nowego, lepszego kształtu. Takim oto optymistycznym akcentem kończę.
Dzisiejsza notka jest z dedykacją dla Pani R. oraz I., które co prawda nawet nie wiedzą o istnieniu tego bloga, ale wszystko to, co powyżej napisałam, przekazałam im osobiście w bardzo szczerych rozmowach.
Lżej mi na sercu.
zmyć makijaż
ostatni raz zapłakać
przemyć oczy
i pielęgnować to, co się narodziło na gruzach tego, co było poprzednio.
Prawdopodobnie nie będę tu pisała przez dłuższy czas.
dziś waga pokazała wynik poniżej tej magicznej granicy
confused.