September, 2009

♪ MEG – SKIN

September 29, 2009

Rozmowa dwóch sprzedawczyń, której świadkiem się stałam, przymierzając spódniczkę:
“Odkąd ma tego chłopaka, po powrocie ze szkoły w ogóle nie wychodzi z pokoju.”
“Ale dlaczego?”
“No ciągle czeka na SMS-a od niego. Mówię ci, wcześniej miała tyle koleżanek, to pozrywała z nimi kontakt!”
“On jej pewnie kazał?”
“Zapytałam się jej. A ona tylko machnęła ręką i powiedziała ‘Nie zrozumiesz’. Wściekłam się! Jak ona traktuje mnie, swoją matkę!”
“O, Boże!”
“I tak sobie pomyślałam: też kiedyś byłam młoda, też miewałam takie wielkie miłości. Ale wiesz, jak to jest. Rzuci ją i dziewczyna się załamie – jeszcze popadnie ze skrajności w skrajność i się sku…!”

Z cyklu “Mały upadek moralny zawsze jest w modzie”.

No i zaczęła się jesień. Nareszcie koniec ciepłych dni – nadeszła moja ukochana pora roku. Od wczoraj pada. Czas wyciągnąć swetry i moje niezastąpione buty-oficerki… i w końcu zaopatrzyć się w botki, które prawie codziennie po szkole oglądam w CCC.

Właśnie, szkoła. Plan lekcji mam wyjątkowo przyjemny; nie wiem, dlaczego, ale godziny spędzone w szkole mijają mi wyjątkowo szybko, nawet siedmiogodzinny poniedziałek. Każdego dnia czuję się, jakby już był piątek… Jakieś takie dziwne odprężenie mnie ogarnęło, zapewne spowodowane tym, że z przyjemnością wróciłam do ślęczenia nad książkami po wakacyjnej pracy.

Moja klasa przez letnie miesiące nie straciła tego uroku, który spowodował moją fascynację tą zbieraniną indywiduów. Ach, uwielbiam tych ludzi, nawet jeśli bez wzajemności – rola cichego obserwatora jak najbardziej mi odpowiada.
Kolega M. nadal twierdzi, że jest pasterzem prowadzącym stadko owieczek—zagubionych kobietek… Kolega R. z kolei rozwija swój talent tworzenia piosenek na poczekaniu. Dobrze siedzieć obok niego na nudnym polskim; można sobie posłuchać o żółtym długopisie z kolorowym zwisem na ten przykład. :D :D :D

Wracając do kolegi M., na wczorajszej historii stworzył ten oto epicki napis na tablicy:


Chyba jednak nie pojmuję jego poczucia humoru…

Moja nowa obsesja: perfumy. Ostatnimi czasy zgromadziłam ich tyle, że mogę dobierać zapachy do nastroju… i stroju.

Cały czas nawiedzają mnie te natrętne wizje… Kładę się spać, a tu nagle w głowie pojawia się takowa i domaga się narysowania teraz, zaraz! Kuroshitsuji i DECADENCE stale dostarczają mi mental image’ów, o które nawet bym siebie nie podejrzewała… I kto to wszystko narysuje? Chociaż nie – kto, to wiadomo. Ale kiedy?

Gdybym tylko jeszcze nie musiała martwić się tak bardzo o ojca… Na szczęście jest ktoś, kto mnie uspokaja.
Obustronne mentalne korzyści poparte cieplutkim uczuciem to jednak coś świetnego. ♥

W takim razie idę grzać się dalej, bo ziąb jest niemiłosierny, a klapka telefonu już otwarta. Rawr.

tags: epic,Kuroshitsuji,Mai nudzi,nic nowego,rl,school,Zasłyszane

♪ SID – uso

September 17, 2009

Śmieciarze są wśród nas. Może każdy ma w sobie trochę z takiego śmieciarza. Nie chodzi mi bynajmniej o ludzi zajmujących się odpadami dosłownie, a o takich, którzy tworzą śmietniki wspomnień, gdzie się da. To niebywałe, w ilu miejscach można ukryć nawet najbardziej trywialne odpady naszej świadomości; czy to zeszyt, w którym zapisuje się w mniej lub bardziej zawoalowany sposób wszystkie leżące na sercu przykrości, czy to pamiętnik (który ostatecznie należało zniszczyć, bo nie dało się go ukryć przed wścibską osobą), czy to błąkające się w szufladach zdjęcia, czy to trzy miliony folderów w pamięci telefonu… albo mnóstwo innych, bardziej wymyślnych/wyrafinowanych miejsc. Praktycznie wszystkie dałoby się usunąć bez większego wysiłku – nieważne, czy wyrzuceniem do kosza z nalepką “papiery – do spalenia”, czy metodą “zaznacz-usuń”. Nie, człowiek z naturą śmieciarza tego nie zrobi. Zachowa wspomnienia z nadzieją, że kiedyś będzie się z nich śmiał, ba! wręcz będzie je pielęgnował, zaglądając do nich raz na jakiś czas i wybuchając spazmatycznym szlochem nad tym, co było. Czy naprawdę wierzy, że kiedyś będzie się z tego śmiał?

*

Opuszczamy powoli wpisujący się w tradycję corner melancholijno-filozoficzno-whatever, by oddać się sprawom bardziej przyziemnym.

Wiem, że wstydliwie jest przyznawać się do zachwytu nad lekturą, ale… kurczę, “Ludzie bezdomni” zaczęli mnie interesować od momentu pojawienia się Korzeckiego. Facet wręcz mnie pochłonął. Jak zwykle dopatrzyłam się w postaci, którą lubię, jakiegoś archetypu pojawiającego się wśród moich OCów. Tym razem padło na archetyp bohatera pozornie silnego, który w rzeczywistości fascynuje się śmiercią i… czuje się jakby zagubiony.
Kirako, anyone?
Temat na ustny polski wybrany, fakultety z biologii rozpoczęte. Mogę sobie bezkarnie popatrzeć na moją hawt nauczycielkę tegoż przedmiotu. Moje plany związane z nauką wybiegają nawet poza szkołę – zachciało mi się nauki kolejnego języka, są już nawet konkretne plany.

Obsesja na punkcie Kuroshitsuji w pełnym rozkwicie. Jak to już bywa z seriami z wątkiem master-servant, swoim zwyczajem pogubiłam się w interpretacji. Bo to zawsze tak miło zachwycić się nad tym, że nic nie jest takie, na jakie wygląda… aż do słodkiego rozkojarzenia, prawda? Z niecierpliwością czekam na trzydziesty siódmy rozdział mangi.
Będąc w temacie, napiszę jeszcze, że nadrobiłam czytanie mangi Loveless aż do aktualnego rozdziału. Cieszę się, że anime skończyło się na 12 odcinkach i pozostawiło pole domysłom; dalszy ciąg tej historii stracił dla mnie swoją mistyczną symbolikę i magię…

28 dni z małym kawałeczkiem. Tak dla wątku otagowanego raburabu.

tags: Kuroshitsuji,Mai nudzi,raburabu,rl,school

♪ Kalafina – love come down

September 12, 2009

Tę kartę księgi mojego życia zapisywałam ołówkiem. Było to przyzwyczajenie z samego początku, gdy zdawałam sobie sprawę z tego, że inne narzędzie jest absolutnie zabronione – tak na wszelki wypadek, gdybym jednak musiała to wszystko wymazać (a nuż się wyda, a nuż nie wyjdzie, a nuż główni bohaterowie zrezygnują ze swych ról). Z czasem jednak emocje wzięły górę nad sposobem pisania tego fragmentu. Nie chodziło już tylko o używanie mocnych słów, ale i o fakt, iż coraz mocniej przyciskałam ołówek do kartki. Samotność, rozpacz, furia – towarzyszyła mi mieszanka uczuć na tyle wybuchowa, że tu i ówdzie wręcz przedziurawiłam papier. Gdy przyszło mi wymazać tę część, okazało się, że żadna gumka nie da rady tak grubym, tak mocnym kreskom; nawet po wytarciu cały tekst daje się łatwo odczytać, nie wspominając już o tym, że sama kartka jest w opłakanym stanie.

—A teraz bardziej prozaicznie, czyli klasowa “wycieczka” do Torunia.
We wtorek damska część klasy, jak zwykle spędzając WF w szatni dziewcząt, postanowiła, że w związku z nadchodzącą klasówką z historii należy opracować zgrabny plan ucieczki. W czwartek, dzień klasówki, na toruńskim UMK odbywały się “Drzwi Otwarte”. Jako że do Torunia mamy blisko… No właśnie. Nasi dwaj wspaniali koledzy pomysł poparli, odbyła się krótka narada, rozmowa z wychowawcą, po czym dostaliśmy approvala. Oczywiście nasza wycieczka i tak nie miała statusu Oficjalnej Szkolnej Wycieczki. To nic, że wszystkie klasy trzecie się wybierały. Kurczę, trzeba jednak przyznać, że poszło szybko jak nigdy.

–Wait, czy to znaczy, że 3G się zorganizowała?!!

Fakt ten należy uczcić. W czwartek rano wszyscy zebraliśmy się na dworcu, kupiliśmy bilety i wtłoczyliśmy się do pociągu. Och, cóż za towarzystwo miałam w przedziale! Lepiej nie mogłam trafić, było świetnie. Niech żyją pewne dwa zodiakalne Bliźniaki z mojej klasy oraz udawanie tańców godowych naszej byłej koleżanki.

W drodze na UMK miała miejsce faza na Konia Rafała (linia nr 11 – “Koniuchy Rafałuchy”) oraz niewymawianie wspaniałej głoski “R” (“Bo ku-wa co?! Bo jak nie mowie e-, to od -azu trzeba się ze mnie śmiać? To nap-awdę bulwersujące!” “SKUSIŁAŚ.”). Same targi na uniwersytecie były okazją do niezłego obłowienia się. Ja na przykład dostałam cukierki, babeczkę, długopis i śliczną książeczkę z Uniwersytetu Łódzkiego, ale nie wszystkim wystarczyły takie trywialne prezenty. Koleżanka M. wytrwale okupowała stoisko OKE (“Gdzie jestem? Przy OKE w Gdańsku!”), czekając na arkusze maturalne z rozszerzonej historii. Moja grupka miała na nią czekać, ale szybko straciłam cierpliwość i wybrałam się do Copernicusa (czytaj: właściwego celu podróży) na własną rękę.

W Toruniu, który znam tylko po kawałkach, znakomicie sprawdziła się metoda zwana “wsiądź w autobus i szukaj znajomej okolicy”. Jeśli chodzi o Copernicusa, to po tradycyjnym posiłku złożonym z curry, ryżu i surówki oraz odwiedzeniu Sixa (cóż za zacny sklep!) spotkałam… porzuconą na UMK grupkę plus naszych dwóch rodzynków, z czego jeden był już chyba w stanie nieważkości, co nie przeszkodziło mu w zainicjowaniu epickiej rozmowy.

- Ja to chciałbym zostać… szejkiem.
- Chyba w McDonaldzie.
- Bardziej byś się na kebab nadawał.

Po kolejnym napoju wyskokowym posunął się jeszcze dalej i wypytywał mnie o moje gusta jeśli chodzi o dziewczyny. Epic – “A tamta. Podoba ci się tamta?”.

W drodze powrotnej przedział znów dzieliłam z dwoma Bliźniakami i równie zacną Baranicą. Nie było już co prawda takiej fazy jak poprzednio, bo i miejsca w przedziale było mniej, ale i tak zapamiętam tę podróż~

To tyle na temat samej wycieczki. A co na to pani wicedyrektor?

- Po co tam pojechaliście?
- No, zobaczyć uniwersytet, na który niektórzy z nas chcą się dostać.
- A wiecie, co trzeba zrobić, żeby się dostać na ten uniwersytet?
- ?
- ZDAĆ MATURĘ, czego nie zrobicie, jeżdżąc sobie na takie wycieczki.

No proszę sorki. ;_;

Z innej beczki: prześladuje mnie słowo “moralność”. W szkole, w piosenkach, w snach. I w życiu.

tags: Mai nudzi,rl,school