Dostałam się na wymarzone studia; dopiero co odebrana legitymacja leży sobie w portfelu (nareszcie legitymacja, która się w tym maleństwie mieści!). Udało mi się znaleźć pokój wręcz śmiesznie blisko moich Skarbów, aż nie wierzę we własne szczęście… Jedyne, co właściwie teraz niepokoi, to nieuchronnie zbliżający się najazd rodzicielki, ale mam nadzieję, że będzie znośnie.
Moje Lita-lookalikes przybyły cichutko i niespodziewanie za sprawą kuriera w zeszłym tygodniu. Oh, the joy! Buty nawet wyższe niż oryginały, mam w nich 184cm wzrostu. Na szczęście są bardzo stabilne i wygodne. Zresztą, nawet, gdyby były niewygodne, to warto byłoby w nich chodzić choćby dla tej satysfakcji patrzenia na śmiertelny, szary świat z BARDZO WYSOKA. ♥ Wakacje były baaaardzo owocne jeśli o zakupy ciuchowo-bucikowe chodzi. Czy przymierzam się do fashion bloga? Owszem, przymierzam, tym bardziej, że ostatnio sporo się schudło.
Godziny poranne (i nawet trochę późniejsze) sponsorowane były przez kręcenie się w kółko po osiedlu Południe vel. Krainie Dzieciństwa. Pomijając fakt, że postawiono tam jakieś kuriozalne przystanki zastępcze tuż pod blokami i po bokach Szczerego Pola (WTF?)… naprawdę dziwnie mi tam wracać. Bo to jest tak: spędziło się tam lata życia, których się nie pamięta, ale jednak, gdy chodzi się po tamtejszych ulicach, przychodzą do głowy jakieś niejasne skojarzenia. Tak, jakby te wspomnienia tkwiły gdzieś w umyśle, w jakimś zaszyfrowanym folderze albo czymśtam.
/koniec rozkminy
Ostatecznie znalazłam ten @&*&$#@##* punkt DHL i odebrałam stamtąd prezent dla Żonki. Boże, żeby tak zakamuflować punkt obsługi klienta…
Byle do piątku. Jeden dwudniowy obiad (który już sam się wymyślił na zasadzie “pierwsze, co wpadnie ci w oko w Kauflandzie”), jedno wielkie sprzątanie i jedno wielkie pranie. Ach, i wielkie pakowanie się.
W przyszłą sobotę trzeba wybrać się z Synkiem na Wielki Lans z kawą na wynos w łapkach, o.
PS. Magiczna puszeczka od Męża została właśnie opróżniona, łącznie z dołączoną do jej zawartości herbatą. Mężu, moar! ;w;