
Zaiste, rok minął i jak tak sobie myślę, jak dziwacznie się to wszystko zaczęło, to aż mnie niedowierzanie ogarnia.
Kto by pomyślał, że dojdę do takiego wspaniałego miejsca w tym życiu, które swego czasu uważałam za już całkiem przegrane. W przeciwieństwie do mojego Serduszka nie umiem ładnie pisać, wzniosłe słowa są mi obce, szczególnie, gdy mam opisywać, jak mocno kocham.
Cieszę się, że los rzucił Cię prosto w moje ramiona, Duszyczko.

CO JA PACZĘ, kolejna notka. Krótka przynajmniej.
Zawsze, gdy w ciągu jednego dnia zdołam oblecieć dwa dość oddalone od siebie miasta, dopada mnie jakieś dziwne zakręcenie. Dziś, po prawie trzech godzinach spędzonych w pociągu, dojechałam szczęśliwie na moje radosne osiedle. Trwają ostatnie przygotowania; panie i panowie, pojutrze – wielkie, dwudniowe świętowanie czas zacząć!
Przez te wszystkie modyfikowane w zależności od sytuacji catchphrase’y nasze życie zaczyna przypominać odcinki Fineasza i Ferba; not like it’s a bad thing, though.
PS. Nareszcie dostałam pieniążki na toster OTL Jak już go kupię, to rozpocznę domową produkcję Tezuczków. W samą porę, bo 4 stycznia (?) nowa seria TeniPuri, o ile się nie mylę. YAY!

Sałatka wielkopolska z tostami plus kawa z mlekiem – śniadanko mistrzów.
Za tę notkę zabieram się dosłownie od miesięcy; właściwie po każdym większym zawirowaniu chciałam coś napisać, ale ostatecznie wolałam poczekać, aż emocje opadną i napisać coś (niemalże) na chłodno. Tak kronikarsko, jak lubię. Odizolowanie od świata na Zadupiu wydaje się być odpowiednim na to momentem.
Co prawda rok się jeszcze nie skończył, ale powiedzmy, że będzie to już post podsumowujący (którego w zeszłym roku zabrakło).
( May my wavering heart be tall and proud )