O ile rok 2010 był czasem ogromnych przemian i dorastania, a także – pod koniec – spełniających się marzeń, o tyle rok 2011 upłynął pod znakiem CIĘŻKIEJ PRACY. Takiej o, capsami. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo; na to, żeby odnosić sukcesy i żeby generalnie było dobrze, potrzeba właśnie mozolnej pracy… i dużej dozy cierpliwości. Aż do października musiałam zaciskać zęby i brnąć przez codzienność. Życie toczyło się między szarym Włocem a Utopią, w której też nie zawsze było tak kolorowo, jakby się chciało; ale cóż, związek wymaga nie mniej wysiłku niż utrzymywanie względnej harmonii w przyziemniejszych sprawach.
Przynajmniej jakimś cudem pieniążków nie brakowało. Tu jest całkiem stabilnie, ze stałą pracą od ponad roku; jak poważnie to brzmi!
Tak to właśnie przebimbało się przez dziewięć miesięcy, zaś przeprowadzka była jak te ponowne narodziny; z ciasnoty prosto do wielkiej przestrzeni miasta, w którym już od wielu lat chciałam zamieszkać.
A jak już jestem przy mojej Moskwie, teraz powiem coś o studiach. Filologia rosyjska + język angielski zaawansowany. Najlepsze podsumowanie? Nauczanie rosyjskiego zaczęło się od podstaw, a teraz przerabiamy podręczniki dla poziomu średniozaawansowanego, podczas gdy pozostałe grupy jeszcze raczkują. Taaa, “plusy” nauczycielki-Rosjanki. Wielkim za to plusem jest fakt, że nie będzie jej przez 1,5 tygodnia po gwiazdkowej przerwie, bo ma własne święta w Rosji <: Jest całkiem trudno, owszem, ale przecież jestem na wymarzonym kierunku, tak? Tak. Warto się starać i obiecuję to robić od nowego roku.
A co do Utopii, to za chwilkę mamy z Serduszkiem rocznicę – dwa dni świętowania. Takie nasze prywatne Święta. Rok 2012 będzie dla nas o wiele lepszy niż ten; można powiedzieć, że w końcu wystartujemy w tę długo wyczekiwaną “wspólną przyszłość”, tak na własnym.
Będzie dobrze. C: