Nasze własne święta przebiegły bez większych zgrzytów – minus fakt że całkiem sporo czasu spędziłam w niedużej odległości od wiaderka/reklamówki bezpieczeństwa (nietolerancja laktozy zaskoczyła kierowców). To jednak nie przeszkadzało tak bardzo, bo wystarczyło zająć się przyjemniejszymi sprawami, by żołądeczek się uspokajał.
Podobno 28 grudnia wyglądałam ostro i tajemniczo, a 29 grudnia byłam całkiem urocza. Żona była elegancką pensjonareczką, Mąż – pełnoprawnym Hadesem z najeżoną kolcami pieszczochą na chudziutkim nadgarstku, a Synuś, jak to Synuś, młodohipsterzył przy kawie, komentując ze mną biżuterię i urodę swojej szanownej Babci. Och, jakże to słowo do niej nie pasuje!
Okazało się, że na TV4 od września leciał Dejimon po japońsku z polskim lektorem, a ja załapałam się na OSTATNI ODCINEK WTF nie ogarniam.
Sylwester i pierwszy stycznia były takie niepokojące, ale ostatecznie wszystko się uspokoiło. Czasem potrzeba takiej lekkiej sprzeczki, żeby oczyścić atmosferę. Jesteśmy osobami o trudnych charakterach, ale potrafimy dojść do zgody. Spokojnym głosem, trzymając mnie w objęciach, można mi wszystko wytłumaczyć. Zazdrość, rozpacz, rezygnacja, wszelkie bolączki – już tyle negatywnych uczuć udało się zażegnać tym sposobem! Można? Można. Da się? Da się.
Haters gonna hate.
Może i na początku nie było żadnych postanowień nowojorskich noworocznych, ale teraz jedno się zrodziło: trzeba przeorganizować garderobę na taką bardziej lady-like; trzeba zrobić z siebie damę na codzień, nie zaś od święta; a nie tylko ciągle długi męski sweter, szorty i ocieplane buciki.
W sobotę Szerlok, o, nie ma bata.