
Niech ktoś coś zrobi, przywoła mnie do porządku, bo ja sama już nie potrafię tego zrobić. Niech ktoś zabije ten pozostały czas, niech czas ów zginie najbardziej okrutną śmiercią, jaką można sobie wyobrazić. A nawet, jeśli się nie da, to – kiedy już będziemy razem – sama zabiję w myślach te 12 dni, które nas obecnie dzielą. Najlepiej każdy z osobna.
Niech ktoś odwróci moje myśli od tej palącej sprawy, bo powoli przestaję być zdolna do normalnego funkcjonowania. Coś takiego jeszcze nigdy się nie zdarzyło, nikt inny jeszcze nie próbował świadomie wywlec ze mnie tej najmroczniejszej, najgłębiej schowanej cząstki (wszyscy inni po prostu się bali). Chcę zająć się nauką – nie mogę, opuszczam zajęcia. Chcę spać – przesypiam ledwo dwie, trzy godziny, i to nie z powodu braku potrzeby snu, a dlatego, że po prostu nie mogę zasnąć. A sen jest mi bardzo, ale to bardzo potrzebny, bo ile można tak żyć? W ciągu dnia zamykam oczy na kilkanaście minut, ale potem – nieświadomie – zaczynam myśleć o tym śmiałku, który nie boi się okiełznać tej obudzonej cząstki ciemności. To mnie zupełnie rozbudza. Koniec spania, nie można i już.
Snuję się samotnie po mieście, patrzę, ale nie patrzę, wiem, gdzie jestem, ale jakby mnie tam nie było. Sięgam pod szalik i dotykam mojej obroży, chwytam się jej jak rzeczywistości… ale nie tej, tutaj, ale tej, która jest tylko między nami. Na nic próby wyrwania się z marazmu, ja już po prostu nie należę do tego samego świata co mijający mnie ludzie.
Niech już przybędzie, już, teraz, w tej chwili. Nie mam prawa niczego wymagać, ale skoro jest to zgodne z pragnieniami Księcia, to wydaje mi się, że mogę.
Widzicie, czego słucham? Wiecie, co to oznacza?
Wiecie, że ten remix trwa 8 minut i 13 sekund? Wiecie, że urodziłam się trzynastego sierpnia?
Przeznaczenie.

Jest to moja dziewiąta notka w tym roku. Dziewięć to liczba, która kojarzy mi się z kolorem fioletowym. Jest to także najbardziej mroczna liczba według mnie. I wszystko się zgadza, bo mamy zimę za oknem, więc przez większość czasu jestem ta ja, a nie tamta ja, i w ogóle fajnie mieć w końcu nazwę szufladki i nie chodzić z tą samą plakietką co ktoś, kim absolutnie nie jestem (i tak, nawet teraz zdaję sobie z tego sprawę).
Pomyśleć, że do niedawna to coś, co się w skrócie zowie ChAD, było dla mnie tematem do przemilczenia i generalnie nie do ujawniania, a co dopiero publicznej dyskusji.
Napisałam “przez większość czasu”, bo dzisiaj miała miejsce pewna osobista porażka, która wywołała u mnie szereg mechanizmów obronnych (jak zawsze). Szykuje się rewolucja, totalna rewolucja, dewastacja starego systemu, odmiana. No chyba, że euforia za chwilę minie i dam się po raz kolejny zamknąć w przyjmowanym nieraz w zeszłym roku schemacie – zamknij się, obserwuj uważnie i patrz, co będzie dalej.